Pohl Frederic - Gateway Za B��kitnym Horyzontem Zdarze� - Najbogatszy cz�owiek �wiata

NAJBOGATSZY CZ�OWIEK �WIATA



    Nazywam si� Robin Broadead i jestem najbogatszym cz�owiekiem w ca�ym uk�adzie s�onecznym. Bogactwem dor�wnuje mi jedynie stary Bover, kt�ry by�by nawet bogatszy, gdyby nie utopi� po�owy forsy w uporz�dkowaniu slums�w oraz odnowie �rodowisk wielkomiejskich. Cz�� jego pieni�dzy poch�on�o monitorowanie cal po calu przestrzeni wok� Plutona w poszukiwaniu statku ze szcz�tkami jego �ony, Trish. Diabli wiedz�, co z ni� zrobi, je�li ju� j� znajdzie. Herter-Hallowie te� maj� forsy jak lodu. To dobrze, zw�aszcza dla Wana i Janine, kt�rzy jako� musz� u�o�y� swoje skomplikowane wzajemne stosunki, co gorsza w skomplikowanym, niezbyt �yczliwym im �wiecie. Moja �ona Essie ma si� �wietnie. Kocham j�. A kiedy umr�, to znaczy, kiedy nawet przy Pe�nym Serwisie Medycznym nie b�d� ju� w stanie mnie po�ata�, zrealizuj� pewien zamys� w sprawie jeszcze jednej osoby, kt�r� kocham i to mnie nape�nia rado�ci�. Prawie ze wszystkiego jestem zadowolony. Z wyj�tkiem mojego doradcy naukowego, Alberta, kt�ry uparcie stara si� mi wyja�ni� Zasad� Macha.
    Kiedy opanowali�my Niebo Heech�w, wiedzieli�my ju� wszystko - jak sterowa� statkami Heech�w, jak je konstruowa�, ��cznie z teori�, kt�ra umo�liwia ponad�wietln� pr�dko��. Nie, w gr� nie wchodzi tu „nadprzestrze�" czy „czwarty wymiar". To bardzo proste. Przy�pieszenie zwielokrotnia mas�, tak twierdzi Einstein - ten prawdziwy, oczywi�cie, nie Albert. Ale je�li pozosta�a cz�� masy r�wna si� zero, to niewa�ne, ile razy zostanie spot�gowana. I tak r�wna si� zero. Albert twierdzi, �e mas� mo�na stworzy� i dowodzi tego na gruncie podstawowej zasady logiki - istnieje, zatem mo�na j� stworzy�. Jednocze�nie mo�liwe jest te� jej wyeliminowanie, poniewa� to, co da si� stworzy�, mo�na r�wnie� unicestwi�. Na tym polega tajemnica Heech�w. Przy pomocy Alberta, kt�ry pom�g� nam zaplanowa� do�wiadczenie, oraz Mortona, kt�ry przekona� Korporacj� Gateway, by udost�pni�a nam statki, wypr�bowali�my t� teori�. Nie kosztowa�o mnie to ani grosza. Kiedy masz fors�, na szcz�cie nie musisz jej wydawa�. Musisz tylko wszystko zorganizowa� tak, �eby inni j� za ciebie wydawali, a od tego w�a�nie s� programy prawne.
    Natychmiast wys�ali�my z Gateway dwie Pi�tki. Jedna by�a nap�dzana tylko moc� l�downika, mia�a na pok�adzie dwoje ludzi oraz cylinder z litego aluminium, do kt�rego przymocowano detektory zniekszta�ce�. W drugiej by�a pe�na za�oga gotowa do w�a�ciwej misji. Statek pomocniczy zaopatrzony by� w kamer� przekazuj�c� na �ywo trzy obiekty - licznik przyci�gania, drugi statek oraz cyfrowy zegar cezowy.
    W moim odczuciu eksperyment niczego nie dowi�d�, drugi statek zacz�� si� oddala�, a licznik przyci�gania odnotowa� jego znikni�cie. Te� co�! Ale Albert by� bardzo podniecony.
    - Masa zacz�a zanika�, zanim znikn�� sam statek. O Bo�e, Robin! Przecie� podobne do�wiadczenia mo�na by�o zrobi� dziesi�tki lat temu. Za co� takiego nale�y si� co najmniej dziesi�ciomilionowa premia naukowa!
    - Przeznacz to na drobne wydatki - odrzek�em przeci�gaj�c si� i przesuwaj�c �eby poca�owa� Essie, bo w�a�nie le�eli�my w ��ku.
    - To bardzo ciekawe, kochanie - odpar�a sennie i te� mnie poca�owa�a. Albert u�miechn�� si� i odwr�ci� wzrok, cz�ciowo dlatego, �e Essie co� tam zd��y�a pomajstrowa� przy jego programie, a po cz�ci dlatego, �e wiedzia� r�wnie dobrze jak ja, �e jej s�owa s� uprzejmym k�amstwem. Astrofizyka niewiele j� obchodzi�a. Obchodzi�a j� natomiast mo�liwo�� pobawienia si� dzia�aj�cymi inteligentnymi maszynami Heech�w, i to w�a�nie interesowa�o j� naprawd�. Sp�dza�a nad nimi po osiemna�cie godzin dziennie, a� zbada�a wszystkie wa�niejsze systemy w szcz�tkach Najstarszego, w Zmar�ych, i w tych Zmar�ych, kt�rzy nie byli lud�mi, a kt�rych wspomnienia si�ga�y a� milion lat wstecz i rozgrywa�y si� na afryka�skiej sawannie. Niespecjalnie zajmowa�a si� ich tre�ci� - obchodzi�o j�, w jaki spos�b tam si� znalaz�y. To rzeczywi�cie robi�a znakomicie. Ot, chocia�by dzi�ki tym zabawom wprowadzi�a pewne zmiany w programie Alberta. Tak naprawd� wszyscy mieli�my z Nieba Heech�w wiele korzy�ci. Na przyk�ad ogromne mapy Galaktyki, kt�re pokazywa�y, dok�d Heechowie dotarli. Olbrzymie mapy czarnych dziur, wskazuj�ce ich obecne po�o�enie. Nawet tej, gdzie tkwi Klara. A drobn� korzy�ci� z tego wszystkiego by�a odpowied� na pytanie, kt�re ze wzgl�d�w czysto subiektywnych bardzo mnie intrygowa�o: jak to si� sta�o, �e jeszcze �yj�? Statek, kt�ry wi�z� mnie do Nieba Heech�w, po dziewi�tnastu dniach zacz�� wyhamowywa�. Wed�ug wszelkich danych i zdrowego rozs�dku znaczy�o to, �e podr� potrwa jeszcze nast�pne dziewi�tna�cie dni, a do tej pory by�bym niew�tpliwie martwy. Ale rzeczywisto�ci statek wyl�dowa� po pi�ciu dniach. I wcale nie umar�em, albo niezupe�nie umar�em. Dlaczego?
    Odpowiedzi udzieli� mi Albert. Ka�da pomy�lnie zako�czona podr� statkiem Heech�w odbywa�a si� mi�dzy dwoma cia�ami, kt�re przynajmniej wzgl�dem siebie pozostawa�y bez ruchu, z r�nic� zaledwie kilku dziesi�tych czy kilku setnych kilometra na sekund� swej wzgl�dnej pr�dko�ci. Nic wi�cej. Taka r�nica nie mia�a �adnego wp�ywu. Ale m�j statek lecia� do obiektu, kt�ry porusza� si� bardzo szybko. Pr�dko�� by�a w�a�ciwie przyspieszeniem. Wyhamowywanie trwa�o zaledwie u�amek okresu przy�pieszenia. I dlatego prze�y�em.
    Wszystko to wygl�da�o bardzo optymistycznie, a jednak...
    A jednak wszystko ma swoj� cen�.
    Zawsze tak by�o. Ka�dy skok do przodu poci�ga� za sob� ukryte koszty. Tak by�o na przestrzeni ca�ej historii. Cz�owiek wymy�li� rolnictwo. To znaczy�o, �e kto� musi sia� bawe�n� czy zbo�e. I tak si� zrodzi�o niewolnictwo. Cz�owiek wynalaz� automobil. W zamian uzyska� zanieczyszczenie atmosfery i ofiary �miertelne na szosach. Potem zaciekawi�o go, na jakiej zasadzie �wieci s�o�ce i z tej ciekawo�ci powsta�a bomba wodorowa. Odkry� te� artefakty Heech�w i rozgryz� niekt�re z ich sekret�w, ale z jakim rezultatem? W efekcie kto� taki jak Payter, dysponuj�c moc� jakiej nikt dotychczas nie mia�, omal nie unicestwi� �wiata. Z drugiej strony rodz� si� zupe�nie nowe pytania, a jeszcze si� w sobie nie zebra�em, by m�c stawi� czo�a odpowiedziom na nie. Chodzi o pytania dotycz�ce Zasady Macha, na kt�re pr�buje odpowiedzie� Albert oraz to, kt�re poruszy�a Henrietta m�wi�c o punkcie X i „ubytku masy". A tak�e i inne, nie mniej wa�kie - dok�d tak naprawd� zd��a�o Niebo Heech�w, kiedy Najstarszy wybi� je z orbity i skierowa� do centrum Galaktyki?
    Wydaje mi si�, �e moment, kt�ry przej�� nas najsilniejszym dreszczykiem, a mnie da� najwi�ksz� satysfakcj� w ca�ym moim �yciu, to chwila, kiedy spalili�my macki Najstarszego i wyposa�eni w instrukcje Henrietty zasiedli�my przed pulpitem kontrolnym Nieba Heech�w. A� dwie osoby by�y potrzebne, �eby ruszy� z miejsca stery. Lurvy Herter-Hall i ja byli�my najbardziej do�wiadczonymi pilotami - mowa o tych obecnych, bo nie licz� Wana, kt�ry razem z Janine obchodzi� budz�cych si� Starc�w, �eby im obwie�ci� nowin� o zmianie rz�du. Lurvy zasiad�a z prawej strony, ja z lewej (zachodzili�my w g�ow�, jaki przedziwny ty�ek musieli mie� nasi poprzednicy). I ruszyli�my. Ponad miesi�c zaj�o nam dotarcie na orbit� Ksi�yca - to w�a�nie miejsce wybra�em. Nie zmarnowali�my tego miesi�ca, bo mieli�my wiele do zrobienia, ale z drugiej strony czas si� d�u�y�, bo bardzo mi by�o spieszno do domu.
    Musia�em si� naprawd� przem�c, �eby nacisn�� ten guzik, ale w sumie nie by�o to takie trudne. Kiedy ju� zorientowali�my si�, �e wszystkie aktualne cele - a jest ich w ca�ej Galaktyce i poza ni� pi�tna�cie tysi�cy - s� zakodowane w pami�ci kontroli ster�w, wystarczy�o wiedzie�, jaki kod jest do czego. Zadowoleni z siebie postanowili�my si� popisa�. Radioastronomowie z drugiej strony zaprotestowali, poniewa� nasza orbita wok� Ksi�yca za ka�dym razem krzy�owa�a si� z ich antenami. Wi�c si� musieli�my przesun��. Co� takiego robi si� za pomoc� ster�w wt�rnych - tych kt�rych nikt dotychczas nie �mia�by dotkn�� w czasie lotu, a kt�re, jak si� wydaje nie maj� wi�kszego wp�ywu na w�a�ciwy kurs. Stery zasadnicze mia�y z g�ry zaprogramowane cele - stery wt�rne mog�y ci� zawie�� do dowolnego punktu w Galaktyce, zak�adaj�c, �e potrafi si� poda� wsp�rz�dne. Ale dowcip polega na tym, �e nie mo�na u�y� steru wt�rnego, dop�ki si� nie wyzeruje ster�w zasadniczych. W takim przypadku na jednych i na drugich pojawia si� czerwona barwa - i je�eli jaki� poszukiwacz zrobi� co� takiego, przepada� mu zaprogramowany kurs na Gateway. Jakie to wszystko proste, kiedy ju� cz�owiek wie o co chodzi! W ko�cu doci�gn�li�my to cholerstwo - jakie� p� miliona ton - na orbit� oko�oziemsk� i zaprosili�my go�ci.
    Go�ciem najbardziej przeze mnie upragnionym by�a moja �ona. Nast�pnie chcia�em si� spotka� z programem naukowym, Albertem Einsteinem - to oczywi�cie w niczym nie ujmuje Essie, bo w�a�nie ona ten program u�o�y�a. W zasadzie wszystko jedno, czy to ja bym do niej polecia�, czy ona przylecia�aby do mnie, ale Essie nie by�o to oboj�tne. Ona chcia�a dotkn�� inteligentnych maszyn w Niebie Heech�w co najmniej tak szybko, jak ja chcia�em dotkn�� jej. Na stuminutowej orbicie wok�ziemskiej przekaz nie trwa zbyt d�ugo. Jak tylko znale�li�my si� w odpowiedniej odleg�o�ci, maszyna zaprogramowana przez Alberta ju� przekazywa�a mu wszystko, czego si� dowiedzia�a i kiedy stwierdzi�em, �e mog� z nim porozmawia�, mia� dla mnie gotowe odpowiedzi.
    Naturalnie, to nie to samo - o wiele ciekawiej by�o rozmawia� z Albertem na tr�jwymiarowym kolorowym ekranie ni� z czarno-bia�ym Albertem na p�askim ekranie w Niebie Heech�w. Ale do czasu, kiedy nie nadszed� lepszy sprz�t z Ziemi, mia�em do dyspozycji tylko to, no a w ko�cu by� to przecie� ten sam Albert.
    - Jak to mi�o ci� znowu zobaczy� - powiedzia�, �yczliwie kieruj�c w moj� stron� ustnik fajki. - Pewnie si� domy�lasz, �e czeka na ciebie z milion r�nych wiadomo�ci.
    - Mog� poczeka�. - Ju� i tak co najmniej milion odebra�em. Tak mi si� przynajmniej wydawa�o. G��wnie chodzi�o o to, �e wszyscy s� niezadowoleni, cho� na d�u�sz� met� - zachwyceni. I �e zn�w jestem bardzo bogaty.
    - Najpierw chc� us�ysze� to, co ty mi masz do powiedzenia - rzuci�em.
    - Oczywi�cie - postuka� fajk� przygl�daj�c mi si�. - A zatem, zacznijmy od techniki. Znamy og�ln� teori� nap�du Heech�w i w�a�nie rozgryzamy problem ponad�wietlnego radia. A je�li chodzi o obwody przekazu informacji w Zmar�ych i tak dalej, wiesz ju�, jak przypuszczam - mrugn�� do mnie - �e gospo�a Laworowna-Broadhead jest w drodze do ciebie. Spodziewamy si� na tym polu szybkiego i pozytywnego rozwoju sytuacji. Za par� dni dotrze do Fabryki Po�ywienia grupa ochotnik�w. Jeste�my przekonani, �e Fabryk� tak�e mo�na sterowa�, a je�li tak, zostanie sprowadzona na jak�� blisk� Ziemi orbit� celem przeprowadzenia dalszych bada�. I prawdopodobnie tak�e celem sporz�dzenia repliki. Nie przypuszczam, �eby w tej chwili interesowa�y ci� szczeg�y techniczne.
    - Raczej nie, a w�a�ciwie nie teraz - odpar�em.
    - A zatem - skin�� g�ow� nabijaj�c ponownie fajk� - pozw�l, �e przejd� do rozwa�a� bardziej teoretycznych. Po pierwsze, do kwestii czarnych dziur. Ustalili�my jednoznacznie w kt�rej dziurze utkwi�a twoja przyjaci�ka, Gelle-Klara Moynlin. Wydaje mi si�, �e mo�na by tam wys�a� statek maj�c do�� du�� pewno��, �e dotrze na miejsce bez wi�kszych szk�d. Osobny problem to jego powr�t. W banku informacji Heech�w nie znale�li�my jak dotychczas sposobu na wydostanie si� z czarnej dziury. Teori� owszem, ale je�li kto� chce wprowadza� teori� w praktyk�, wymaga to bardzo wielu lat pr�b i eksperyment�w. Nie m�g�bym ci obieca� jakichkolwiek pozytywnych rezultat�w wcze�niej ni�, powiedzmy, za par� lat. Trzeba chyba raczej m�wi� o dziesi�cioleciach. Wiem - ci�gn�� z zapa�em pochylaj�c si� do przodu - �e kwestia ta ma dla ciebie znaczenie osobiste. Ale mo�e te� mie� znaczenie zasadnicze dla nas wszystkich - mam tu na my�li nie tylko ludzi, ale r�wnie� maszyny inteligentne. - Nigdy dotychczas nie widzia�em go z takim powa�nym wyrazem twarzy. - Widzisz, cel, ku kt�remu zmierza� artefakt, r�wnie� zosta� jednoznacznie okre�lony. Czy mog� ci to pokaza�?
    Naturalnie, by�o to pytanie retoryczne. Nie odpowiedzia�em, a on nawet nie oczekiwa�, bym odpowiedzia�. Podczas projekcji widnia� pomniejszony w rogu p�askiego ekranu. Pokaza� mi plam� w kszta�cie niezr�cznie narysowanego tureckiego p�ksi�yca. Nie by� symetryczny. Znajdowa� si� z boku ekranu, a reszta obrazu pozosta�a czarna, z wyj�tkiem nieregularnych plamek �wiat�a, kt�re uzupe�nia�y rogi p�ksi�yca i przed�u�a�y je w zamglon� elips�.
    - Szkoda, �e nie mo�esz zobaczy� tego w kolorze - zauwa�y� Albert, zerkaj�c na mnie z rogu ekranu. - Ca�o�� jest bardziej niebieska ni� bia�a. Czy chcesz wiedzie�, co to jest? To materia poruszaj�ca si� po orbicie jakiego� ogromnego obiektu. Materia po twojej lewej stronie, przesuwaj�ca si� w naszym kierunku, przemieszcza si� na tyle szybko, �e emituje �wiat�o. Ta po prawej, oddalaj�ca si� od nas, porusza si� wolniej. To, co widzimy, to materia przechodz�ca w promieniowanie, kiedy zostaje wch�oni�ta przez olbrzymi� czarn� dziur� znajduj�c� si� w centrum Galaktyki.
    - My�la�em, �e pr�dko�� �wiat�a nie jest wzgl�dna - zauwa�y�em.
    Na powr�t wype�ni� ekran swoj� osob�.
    - Nie jest, ale wzgl�dna jest pr�dko�� orbitalna materii, kt�ra je wytwarza. Zdj�cie to pochodzi z archiwum Gateway i jak dotychczas nie zosta�o umiejscowione w przestrzeni. Ale ju� teraz wiadomo na pewno, �e to w�a�nie to, o co nam chodzi - �e to jest centrum Galaktyki.
    Przerwa� zapalaj�c fajk�, ale nie przesta� mi si� przygl�da�. Nie, to niezupe�nie tak. Mieli�my do czynienia z trwaj�cym u�amek sekundy op�nieniem i nawet obwody Alberta nie mog�y nic na to poradzi�. Je�li si� poruszy�em, jego wzrok na tyle d�ugo tkwi� w miejscu, w kt�rym si� poprzednio znajdowa�em, �e wprawia�o mnie to w zak�opotanie. Nie pop�dza�em go. Odezwa� si�, kiedy zapali� fajk�:
    - Nie bardzo wiem, od czego zacz��. Co innego, kiedy sam zadajesz pytania. Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzie� i ile tylko b�dziesz w stanie wys�ucha� na ka�dy dowolnie zaproponowany przez ciebie temat. Podam ci r�wnie� ewentualny rozw�j wypadk�w, je�li spytasz mnie o jakie� hipotezy. Zgodnie z programem mog� te� sam w odpowiednim momencie przedstawi� ci moje hipotezy. Gospo�a Laworowna-Broadhead wprowadzi�a mi do�� z�o�ony zesp� normatywnych instrukcji dotycz�cy podejmowania decyzji w tym wzgl�dzie, ale, dla uproszczenia, sprowadzaj� si� one do r�wnania. Niech V oznacza „warto��" hipotezy. P - prawdopodobie�stwo jej prawdziwo�ci. Je�li suma VP wynosi przynajmniej jeden, powinienem przedstawi� ci hipotez� i oczywi�cie zrobi� to. Ale ogromnie trudno mi przypisa� odpowiednie warto�ci liczbowe P i V. W tym specyficznym przypadku, o kt�rym w tej chwili m�wimy, nie mam �adnej pewno�ci co do warto�ci prawdopodobie�stwa. Ale ma ono ogromne znaczenie. W istocie, mo�na je nawet uzna� za niesko�czenie wielkie.
    W tym momencie zacz��em si� ju� poci�. Jednego si� nauczy�em - im d�u�sze s� wst�pne wywody Alberta, tym wi�ksza pewno��, �e to, co us�ysz�, mi si� nie spodoba.
    - Wydu� ju� to z siebie, do cholery!
    - Oczywi�cie - odpar� kiwaj�c g�ow�, nie lubi�, �eby go pop�dza�. - Pozw�l tylko, �e ci powiem, i� to przypuszczenie pasuje nie tylko do znanej nam astrofizyki, cho� na nieco wy�szym poziomie, ale daje tak�e odpowied� na inne pytania, na przyk�ad: dok�d zmierza�o Niebo Heech�w zanim je zawr�cili�cie i dlaczego sami Heechowie znikn�li. Nim przejd� do tej hipotezy, musz� om�wi� cztery zasadnicze punkty. Punkt pierwszy - warto�ci, kt�re Ma�y Jim okre�la� jako liczby „O". S� to warto�ci numeryczne, przewa�nie „bezwymiarowe", poniewa� pozostaj� takie same niezale�nie od jednostki pomiaru, na przyk�ad stosunek masy mi�dzy elektronem i protonem, liczba Diraca wyra�aj�ca r�nic� mi�dzy si�� eletromagnetyczn� i grawitacj�. Sta�a struktury subtelnej Eddingtona. I tak dalej. Znamy te liczby z bardzo du�� dok�adno�ci�. Nie wierny za to, dlaczego maj� tak�, a nie inn� warto��. Dlaczego na przyk�ad sta�a struktury subtelnej ma wynosi� 150, a nie powiedzmy 137? Gdyby�my rozumieli astrofizyk� i znali jej pe�n� teori�, odpowied� by�aby jasna. Nasza teoria jest zupe�nie niez�a, ale nic nie m�wi i liczbach „O". Dlaczego? Czy to mo�liwe - spyta� z powa�n� min� - �e liczby te s� w jaki� spos�b przypadkowe?
    Przerwa� pykaj�c z fajki, a potem uni�s� w g�r� dwa palce.
    - Po drugie, Zasada Macha. To tak�e niewiadoma, cho� mo�e nie tak skomplikowana. M�j zmar�y poprzednik - rzek� mrugaj�c do mnie, chyba tylko po to, by mnie upewni�, �e to rzeczywi�cie prostsza sprawa - wi�c, tak jak m�wi�, m�j zmar�y poprzednik obdarzy� nas teori� wzgl�dno�ci, co powszechnie oznacza, �e wszystko, z wyj�tkiem pr�dko�ci �wiat�a, jest wzgl�dne wobec czego� innego. Kiedy jeste� w domu nad Morzem Tappajskim, wa�ysz osiemdziesi�t pi�� kilogram�w. Jest to wi�c miara tego, w jakim stopniu ty i planeta Ziemia wzajemnie si� przyci�gacie. W pewnym sensie oznacza twoj� wag� wzgl�dem Ziemi. Mamy r�wnie� jako�� zwan� „mas�". Najlepsz� miar� „masy" jest si�a, jakiej potrzeba, by danemu przedmiotowi nada� przy�pieszenie, powiedzmy ze stanu spoczynku. Przewa�nie uwa�amy, �e „masa" i „waga" oznaczaj� to samo, tak jest przynajmniej na powierzchni Ziemi, ale masa to wewn�trzna jako�� materii, gdy tymczasem waga jest zawsze jako�ci� wzgl�dn� wobec innej warto�ci. Ale - znowu mrugn�� - zr�bmy sobie taki intelektualny eksperyment. Za��my �e jeste� jedynym przedmiotem we wszech�wiecie. �e nie ma �adnej innej materii. Ile by� wtedy wa�y�? Nic. A jaka by�aby twoja masa? W�a�nie tu tkwi problem. Wyobra�my sobie, �e jeste� w rakiecie, i �e chcesz nada� sobie przy�pieszenie. Mierzysz wtedy przy�pieszenie, obliczasz si��, kt�ra ci� poruszy�a i wychodzi ci masa. Czy nie tak? Nie. Bo nie masz wzgl�dem czego zmierzy� ruchu. „Ruch" jako poj�cie nic nie m�wi. Zatem masa sama w sobie - zgodnie z Zasad� Macha - zale�y od jakiego� zewn�trznego systemu. Mach uwa�a�, �e masa jest znacz�ca dopiero w zestawieniu z tym, co nazwa� „ca�ym zapleczem wszech�wiata". A zgodnie z Zasad� Macha i zgodnie z tym, co twierdzi� m�j poprzednik i inni naukowcy, to samo dotyczy innych cech „w�a�ciwych" materii, jak energia i przestrze�... w��czaj�c w to liczby „O". Czy nie za du�o tego wszystkiego naraz?
    - Pieprzysz jak zwykle, ale dawaj dalej - warkn��em. U�miechn�� si� i podni�s� do g�ry trzy palce.
    - Po trzecie, chodzi o to, co Henrietta nazwa�a punktem X. Je�li pami�tasz, nie uda�o si� jej obroni� pracy doktorskiej, ale przestudiowa�em jej dysertacj� i potrafi� powiedzie�, o co w niej chodzi�o. Przez pierwsze, trzy sekundy po Wielkim Wybuchu, co, jak wierny, stanowi�o pocz�tek wszech�wiata, wszech�wiat by� wzgl�dnie zwarty, niezwykle gor�cy i ca�kowicie symetryczny. W swojej pracy Henrietta przytoczy�a szczeg�owo wyw�d starego matematyka z Cambridge, kt�ry nazywa� si� Tong B. Tang i innych. Chodzi�o im o to, �e po tej chwili, po tym, co Henrietta nazwa�a punktem X, symetria jakby „uleg�a zamro�eniu". W tym w�a�nie momencie „ustali�y si�" wszystkie znane nam dzisiaj sta�e, wszystkie liczby „O". Nie istnia�y jako warto�ci niezmienne. Zatem w punkcie X, trzy sekundy po pocz�tku Wielkiego Wybuchu, co� si� wydarzy�o. Mo�e by�o to zdarzenie zupe�nie przypadkowe - mo�e jaka� turbulencja w eksploduj�cej chmurze... A mo�e by�o to zaplanowane?
    Przerwa� na chwil� i przygl�daj�c mi si� dalej pali� fajk�. Kiedy nie odpowiada�em, westchn�� i podni�s� cztery palce.
    - I wreszcie, po czwarte. Przepraszam ci� bardzo za ten przyd�ugi wst�p. Najwa�niejszy punkt w teorii Henrietty wi��e si� z „utrat� masy". Wygl�da na to, �e we wszech�wiecie nie ma dostatecznej ilo�ci masy, by sprawdzi� si� mog�y wszystkie sk�din�d s�uszne pogl�dy dotycz�ce Wielkiego Wybuchu. W tym fragmencie swojego doktoratu Henrietta powa�y�a si� na ogromnie �mia�e przypuszczenia. Zasugerowa�a, �e Heechowie nauczyli si� tworzy� mas� i j� niszczy� - i tutaj, jak ju� wiemy, mia�a racj�, cho� opiera�a si� jedynie na hipotezach, a dostojni naukowcy, przed kt�rymi przysz�o jej broni� swej pracy, bardzo skwapliwie postarali si� obali� t� teori�. Potem zrobi�a co� wi�cej. Zasugerowa�a, �e Heechowie spowodowali znikni�cie pewnej cz�ci masy. Nie statku, cho� nie by�aby w b��dzie m�wi�c co� takiego.
    Chodzi�o jej o zjawisko na ogromn� skal� - na skal� wszech�wiata. Zasugerowa�a, �e Heechowie, tak jak my, zbadali liczby „O", wyznaczaj�c mo�liwo�� istnienia �ycia we wszech�wiecie. Oczywi�cie, opr�cz wielu innych istotnych rzeczy. Ale gdyby kt�ra� z tych warto�ci by�a nieco wi�ksza lub odrobin� mniejsza, �ycie nie mog�oby istnie�. Czy dostrzegasz logiczne konsekwencje tego stwierdzenia? Tak, wydaje mi si�, �e tak. To prosty sylogizm. Za�o�enie podstawowe brzmi: liczby „O" zosta�y ustalone przez prawo naturalne, lecz mog�yby mie� odmienn� warto��, gdyby w punkcie X nast�pi�y inne zdarzenia. Teraz z kolei przes�anka drugorz�dna - gdyby w jakikolwiek spos�b by�y inne, wszech�wiat nie mia�by tak dogodnych warunk�w do �ycia. A wniosek? W�a�nie o to chodzi. Wniosek jest nast�puj�cy: gdyby te liczby by�y inne, na przyk�ad mniejsze lub wi�ksze, we wszech�wiecie mog�yby zaistnie� bardziej dogodne warunki.
    Przerwa� i siedzia� przygl�daj�c mi si�, si�gaj�c jednocze�nie r�k� do kapcia, �eby si� podrapa� w stop�.
    Nie mam poj�cia, kt�ry z nas przetrzyma�by drugiego. Pr�bowa�em przetrawi� wiele niestrawnych pomys��w, a kochany Albert by� zdecydowany da� mi na to dosy� czasu. Zanim jednak sko�czy�em, do kabiny wparowa� Paul Hall.
    - S�uchaj, Robin, mamy go�ci! - krzykn��.
    W pierwszej chwili pomy�la�em, �e to Essie. Ju� ze sob� rozmawiali�my. Wiedzia�em, �e na pewno jest w drodze do wyrzutni Kennedy'ego, o ile nie czeka na odpowiednie po�o�enie naszej orbity, �eby wyruszy�. Spojrza�em na Paula, potem na zegarek.
    - Nie zd��y�aby, jeszcze jest za wcze�nie.
    - Cho�, zobacz tych biedak�w! - powiedzia� ze �miechem.
    Tak, to byli oni - sze�� os�b st�oczonych na pok�adzie Pi�tki. Wystrzelono ich z Gateway nieca�� dob� po tym, jak ja wyrusza�em z Ksi�yca. Mieli przy sobie dosy� broni, �eby wymordowa� dywizjon Starc�w - byli zwarci i gotowi. Pokonali drog� do Nieba Heech�w, potem zawr�cili i przylecieli z powrotem. Musieli�my si� po drodze gdzie� min��, chocia� o tym nie wiedzieli�my. Biedacy! Dobrze to o nich �wiadczy�o, �e zdecydowali si� na wypraw�, kt�ra nawet w kategoriach Gateway mia�a nik�e szans� powodzenia. Obieca�em im udzia� w zyskach - starczy dla wszystkich. To nie ich wina, �e si� sp�nili, zw�aszcza, �e w rzeczywisto�ci bardzo by nam si� przydali, gdyby sprawy przybra�y inny obr�t.
    Powitali�my przybysz�w serdecznie. Janine z dum� oprowadza�a ich po artefakcie. Wan, u�miechni�ty, wymachuj�c strzelb� usypiaj�c�, pokaza� im naj�agodniejszych Starc�w, spokojnych wobec tabunu nowych intruz�w. A kiedy ca�e to zamieszanie min�o, zda�em sobie spraw�, �e mam ogromn� ochot� si� przespa� i co� przek�si�, wi�c zrobi�em i jedno, i drugie.
    Pierwsza wiadomo��, jak� mi przekazano po obudzeniu, brzmia�a, �e Essie jest ju� w drodze, ale jeszcze troch� potrwa nim doleci. Pokr�ci�em si� chwil� usi�uj�c przypomnie� sobie wszystko, co mi powiedzia� Albert oraz pr�buj�c wyobrazi� sobie Wielki Wybuch i ten krytyczny moment trwaj�cy trzy sekundy, kiedy wszystko zastyg�o... Ale mi si� to nie udawa�o. Wi�c ponownie wezwa�em Alberta.
    - Czy teraz warunki s� bardziej dogodne?
    - Ach, Robin - nigdy nic nie jest w stanie go zaskoczy�. - Nie potrafi� odpowiedzie� na to pytanie. Nawet nie wiemy, jakie s� machia�skie cechy wszech�wiata, ale by� mo�e... - odpar�, a mru��c oczy chcia� mi pokaza�, �e takie domys�y robi tylko po to, �eby mnie roz�mieszy�. - Mo�e chodzi o nie�miertelno��, a mo�e o wi�ksz� synaptyczn� pr�dko�� umys�u, czyli o wy�sz� inteligencj�. Mo�e tylko o wi�ksz� liczb� planet, na kt�rych mog�oby si� rozwija� �ycie? Mo�e chodzi o kt�r�kolwiek z wymienionych rzeczy, a mo�e o wszystkie razem? Najwa�niejsze, �e mo�emy sobie poteoretyzowa�, i� takie „bardziej dogodne warunki" mog� w og�le istnie�, i �e mo�na je wywnioskowa� z w�a�ciwych przes�anek teoretycznych. Henrietta dosz�a a� tak daleko. Potem posun�a si� jeszcze dalej. Jej sugestia by�a taka, �e Heechowie lepiej poznali astrofizyk� ni� my i zadecydowali, jakie powinny by� w�a�ciwe cechy wszech�wiata, a nast�pnie zabrali si� do ich stwarzania. Jak mogli sobie z tym poradzi�? No c�, jeden ze sposob�w to �cie�ni� wszech�wiat do pierwotnych rozmiar�w i zacz�� raz jeszcze od Wielkiego Wybuchu. Czy mo�na by co� takiego zrobi�? Owszem, to bardzo proste, je�li si� potrafi tworzy� i niszczy� mas�. Trzeba tylko wszystkim odpowiednio pokierowa�. Przerwa� proces rozszerzania si�. Zacz�� na powr�t �cie�nianie. Nast�pnie nale�a�o trzyma� si� z daleka od punktu skupienia, poczeka�, a� wszystko ponownie wybuchnie, a potem - nadal pozostaj�c na zewn�trz jednolitej masy - zale�a�o zrobi� wszystko, �eby zmieni� podstawowe bezwymiarowe liczby wszech�wiata, tak, by powsta� nowy, kt�ry mo�na by nazwa� rajem.
    - Czy to mo�liwe? - wytrzeszczy�em oczy.
    - Ani ty, ani ja absolutnie nie byliby�my w stanie czego� takiego zrobi�. Nie mieliby�my poj�cia od czego zacz��.
    - Nie chodzi mi ani o mnie, ani o ciebie, ty pajacu! Chodzi mi o Heecha!
    - Kt� to mo�e wiedzie�? - odpar� smutno. - Ja nie wiem, jak mogliby to zrobi�, ale to wcale nie znaczy, �e nie mogliby. Nawet nie potrafi� spekulowa�, jak mo�na manipulowa� wszech�wiatem, �eby wszystko dobrze wysz�o. Ale to mo�e nie jest potrzebne. Musisz za�o�y�, �e maj� jaki� spos�b, by istnie� w niesko�czono��. To warunek niezb�dny, gdyby chcieli co� takiego zrobi� cho�by raz. A gdyby istnieli wiecznie, mogliby wprowadza� jakie� przypadkowe zmiany, �eby zobaczy�, co z tego wychodzi, a� uzyskaj� taki wszech�wiat, jaki chc�.
    Przez chwil� z namys�em przygl�da� si� wygaszonej fajce, a potem wsadzi� j� do kieszeni bluzy.
    - W swej pracy Henrietcie uda�o si� doj�� do tego w�a�nie punktu, zanim si� na ni� rzucili. Bo potem powiedzia�a, �e „ubytek masy" to mo�e dow�d, i� Heechowie zacz�li uczestniczy� w ustalonym rozwoju wszech�wiata. Powiedzia�a, �e zacz�li usuwa� mas� z zewn�trznych galaktyk, aby tym szybciej si� zapad�y. Sugerowa�a tak�e, �e by� mo�e dodawali masy w centrum galaktyki, je�li takowe istnieje. Teoria taka mog�aby wyja�nia� dlaczego Heechowie tak szybko si� zwin�li. Rozpocz�li proces, a potem si� gdzie� ukryli, w jakiej� bezczasowo�ci, na przyk�ad w czarnej dziurze, czekaj�c, a� wszystko si� sko�czy i b�d� mogli si� objawi� i zacz�� od pocz�tku. To ich ju� dostatecznie rozsierdzi�o. Nic dziwnego! Mo�esz sobie wyobrazi� grono profesor�w fizyki, kt�rzy nagle staj� wobec czego� takiego? Zasugerowali jej, �e powinna si� raczej zaj�� filozofi� Heech�w, ni� astrofizyk�. Stwierdzili, �e nie ma nic ciekawego do powiedzenia opr�cz domniema� i za�o�e� - �adnego dowodu na swoj� teori�, tylko domys�y. I doszli do wniosku, �e to kiepska teoria. Wi�c nie zaakceptowali jej pracy i nie obroni�a doktoratu, za to polecia�a na Gateway, zosta�a poszukiwaczem i w ko�cu wyl�dowa�a tutaj. Tyle �e martwa. I - zacz�� z namys�em wyci�gaj�c ponownie fajk� - je�li chodzi o �cis�o��, Robin, uwa�am, �e nie mia�a racji, a przynajmniej troch� si� to wszystko nie trzyma kupy. Mamy bardzo ma�o dowod�w na to, �e Heechowie potrafili oddzia�ywa� na materi� w jakiejkolwiek galaktyce poza nasz�, a ona m�wi�a o ca�ym wszech�wiecie.
    - Ale nie jeste� tego pewien?
    - Ani troch�.
    - Do cholery! Mo�e masz chocia� jakie� hipotezy? - wrzasn��em.
    - Oczywi�cie, Robin, ale to tylko domniemania - odpar� ponuro. - Uspok�j si�, prosz�. Popatrz, nie zgadza si� skala. O ile wiemy, wszech�wiat jest du�y, a czasu za ma�o. Heechowie znajdowali si� tutaj nieca�y milion lat temu, a rozszerzanie si� wszech�wiata zacz�o si� jakie� dwadzie�cia miliard�w lat temu - odwrotny proces te� nie m�g�by trwa� kr�cej. Z matematycznego punktu widzenia nie wybraliby tego w�a�nie momentu, �eby si� tu pokaza�.
    - Nie rozumiem!
    - Chyba si� zagalopowa�em - odchrz�kn��. - Oto kolejny domys�, tym razem m�j. Za��my, �e mamy wszech�wiat zbudowany przez Heech�w. Za��my, �e przekszta�ci� si� on we wszech�wiat o mniej sprzyjaj�cych warunkach, kt�ry im nie odpowiada�, i dlatego doprowadzili do jego kurczenia, �eby stworzy� nast�pny, w�a�nie ten, w kt�rym �yjemy. Zupe�nie nie�le to wszystko pasuje. Mo�e przybyli, �eby si� rozejrze�, i okaza�o si�, �e wysz�o tak, jak chcieli. I mo�e teraz ci, kt�rzy zrobili rekonesans, wr�cili po pozosta�ych.
    - O Bo�e!
    - Musia�em ci to wszystko powiedzie�. Wprawdzie to tylko hipotezy. Nawet nie potrafisz wyobrazi� sobie, jak ci�ko mi snu� takie przypuszczenia. Pewnie bym o tym nie m�wi�, gdyby nie jeszcze jedno. W�a�nie to. Jest jeden spos�b na przetrwanie procesu �cie�niania i nowego Wielkiego Wybuchu. Mo�na go prze�y�, je�li cz�owiek znajdzie w miejscu, w kt�rym czas praktycznie stoi w miejscu. To znaczy gdzie? W czarnej dziurze. I to du�ej. Tak du�ej, �eby nie traci�a masy przez tunelikowanie kwantowe, z zwi�zku z tym mog�a istnie� w niesko�czono��. Wiem, gdzie taka czarna dziura si� znajduje, Robin. Ma mas� pi�tna�cie tysi�cy razy wi�ksz� od s�o�ca, znajduje si� w centrum Galaktyki. - Spojrza� na zegarek i zmieni� mu si� wyraz twarzy. - O ile moje obliczenia nie zawodz�, twoja �ona powinna si� zjawi� lada moment.
    - Do diab�a, Einstein! Jak si� tylko zjawi, b�dzie musia�a ci� przeprogramowa�!
    - Ju� to zrobi�a - mrugn�� do mnie. Nauczy�a mnie na przyk�ad w odpowiednim momencie roz�adowywa� napi�cie za pomoc� jakiej� humorystycznej czy osobistej uwagi.
    - Czy chcesz przez to powiedzie�, �e nie powinienem si� tym wszystkim przejmowa�?
    - W zasadzie nie, to tylko czysta teoria, je�li w og�le. I w kontek�cie ludzkiego �ycia bardzo odleg�a w czasie. A mo�e i nie tak bardzo. Czarna dziura w centrum naszej Galaktyki to co najmniej jedno z mo�liwych miejsce, do kt�rego udali si� Heechowie, a je�li wzi�� pod uwag� pr�dko��, z jak� poruszaj� si� ich statki, nie znajduje si� ona tak daleko. Aha, czy nie m�wi�em ci, �e uda�o nam si� ustali� kurs, na kt�ry zaprogramowany by� Najstarszy? Zmierza� w�a�nie tam, Robin. Zanim go zawr�cili�cie, kierowa� si� prosto do tej czarnej dziury.
    Znacznie wcze�niej ni� Essie mia�em do�� pobytu w Niebie Heech�w. Ona bawi�a si� �wietnie z inteligentnymi maszynami. Za to nie nudzi�a mnie Essie, wi�c zosta�em, a� uzna�a, �e ma na ta�mie wszystko, co si� jej mo�e przyda� i dwie doby p�niej byli�my ju� nad Morzem Tappajskim. A p�torej godziny po naszym przyje�dzie zjawi�a si� Wilma Liederman. Przynios�a ze sob� wszystkie instrumenty, �eby zbada� Essie a� do nask�rka palc�w u n�g. Zupe�nie si� tym nie przej��em. Widzia�em, �e Essie czuje si� dobrze i kiedy Wilma przyj�a zaproszenie na drinka, sama to potwierdzi�a. Potem chcia�a porozmawia� o medycznym urz�dzeniu, z pomoc� kt�rego Zmarli dbali o zdrowie Wana, kiedy dorasta� i, zanim wysz�a, powo�ali�my do �ycia towarzystwo naukowe, kt�re mia�o si� w�a�nie tymi problemami zaj��. Dysponowa�o ono funduszem miliona dolar�w, a jego prezesem zosta�a Wilma. Jakie to proste! Proste, kiedy wszystko idzie po twojej my�li.
    Albo prawie wszystko! Ci�gle jeszcze nurtowa�a mnie jednak my�l, �e Heechowie (je�li to byli Heechowie) s� gdzie� tam, w centrum Galaktyki. To do�� niepokoj�ca wizja. Ale gdyby Albert zasugerowa�, �e Heechowie mog� si� zjawi� zion�c ogniem i siej�c zniszczenie, czy te� po prostu tylko si� zjawi�, w ci�gu najbli�szego roku, zamartwi�bym si� na �mier�. Gdyby powiedzia�, �e za dziesi�� lat albo nawet za sto, co najmniej popad�bym w melancholi�, a mo�e nawet si� przerazi�. Ale kiedy mowa o czasie astronomicznym - no c�! Jak mo�na si� przejmowa� czym�, co nie nast�pi wcze�niej ni� za miliard lat?
    Jednak nie potrafi�em o tym tak po prostu zapomnie�.
    Podczas obiadu i jeszcze po wyj�ciu Wilmy by�em bardzo poruszony. Kiedy przynios�em kaw�, Essie, kt�ra le�a�a skulona przed kominkiem, bardzo szczup�a w obcis�ych spodniach, szczotkuj�c swoje d�ugie w�osy, zagadn�a spogl�daj�c na mnie:
    - Wiesz, �e to pewnie nigdy nie nast�pi.
    - Sk�d ta pewno��? Statki Heech�w maj� zaprogramowanych pi�tna�cie tysi�cy cel�w. Przebadali�my nie wi�cej ni� sto pi��dziesi�t. Jednym z nich okaza�o si� Niebo Heech�w. Z rachunku prawdopodobie�stwa wynika, �e istnieje jeszcze co najmniej ze sto podobnych cel�w i kto mo�e mie� pewno��, �e jeden z nich nie leci w�a�nie do Heech�w, �eby im zda� relacj� z tego, co tu w tej chwili robimy?
    - Drogi Robinie - zacz�a odwracaj�c si�, �eby czule potrze� nosem o moje kolano. - Wypij kaw�. Nie masz zielonego poj�cia o matematyce statystycznej, no i poza tym, dlaczego chcieliby nas skrzywdzi�?
    - Mo�e nawet nie chc� nam zrobi� krzywdy, ale i tak wiem, jak si� to dalej potoczy. To jasne! Spotka nas taki sam los jak Taita�czyk�w, Eskimos�w, czy Indian w Ameryce. Historia si� powtarza. Lud, kt�ry styka si� z wy�sz� kultur�, ulega zag�adzie. Nie jest to zamierzone. Ale s�absi po prostu nie mog� prze�y�.
    - Czy zawsze tak si� dzieje?
    - Ach, daj spok�j!
    - Nie, m�wi� powa�nie - nalega�a. - Zaraz ci podam przeciwny przyk�ad. Co si� sta�o, kiedy Rzymianie odkryli Gal�w?
    - Po prostu ich podbili, ot co.
    - To prawda, cho� nie ca�kiem. A par�set lat p�niej kto kogo najecha�? Barbarzy�cy zdobyli Rzym, Robinie.
    - Nie m�wi� o podbijaniu. M�wi� o rasowym kompleksie ni�szo�ci. Jaki jest los rasy, kt�ra �yje w kontakcie z ras� inteligentniejsz�?
    - R�nie si� rzeczy maj�, zale�nie od okoliczno�ci. Grecy byli inteligentniejsi od Rzymian. Ale Rzymianom to nie przeszkadza�o. Sami nigdy w �yciu nie wymy�lili niczego nowego, z wyj�tkiem narz�dzi do budowania czy zabijania. Ale za to trzymali Grek�w w swoich domostwach, �eby uczyli ich poezji, historii, nauk �cis�ych. Grecy byli niewolnikami, drogi Robinie - powiedzia�a odstawiaj�c fili�ank� i podchodz�c, �eby usi��� przy mnie. - M�dro�� to jak bogactwo. Je�li potrzebujesz jakiej� informacji, to kogo pytasz?
    - No c�, przewa�nie Alberta - przyzna�em po chwili zastanowienia. - Rozumiem, co chcesz powiedzie�, ale to co innego. W pewnym sensie na tym polega praca komputera, �eby wiedzie� wi�cej i my�le� szybciej ni� ja. Do tego s�u�y.
    - W�a�nie, drogi Robinie. I o ile wiem, komputery jak dotychczas nie zrobi�y ci krzywdy. - Potar�a swoim policzkiem o m�j i wyprostowa�a si�. - Jeste� zdenerwowany - stwierdzi�a. - Co chcia�by� robi�?
    - A jakie masz propozycje? - spyta�em pr�buj�c j� obj��, ale pokr�ci�a g�ow�.
    - Nie chodzi mi o to, przynajmniej nie w tej sekundzie. Masz ochot� co� obejrze� w PV? Kiedy ty z Wilm� snuli�cie swoje plany, nagra�am fragment wiadomo�ci. Pokazywano twoich przyjaci� odwiedzaj�cych domy swoich przodk�w.
    - Starcy w Afryce? Widzia�em to dzi� po po�udniu. - Jaki� tamtejszy kacyk wpad� na pomys�, �e pokazanie Starcom W�wozu Olduvai zrobi dobr� reklam�. Nie pomyli� si� - zupe�nie im si� to nie podoba�o. Mieli do�� upa�u, ponuro do siebie szemrali z powodu zdj��, kt�re im pstrykano, wcale nie zrobi� na nich wra�enia lot samolotem. Ale zawsze co� takiego mo�na by�o pokaza� w PV. Pokazywali tak�e Paula i Lurvy, kt�rzy w�a�nie byli w Dortmundzie, �eby om�wi� spraw� wzniesienia mauzoleum dla ojca Lurvy, jak tylko jego szcz�tki powr�c� z Fabryki Po�ywienia. Wan tak�e budzi� �ywe zainteresowanie - stawa� si� coraz bogatszy dzi�ki swoim wyst�pieniom w PV jako ch�opiec z Nieba Heech�w. Podobnie Janine - w ko�cu mog�a na �ywo spotka� si� z gwiazdorami, z kt�rymi dotychczas tylko korespondowa�a. Ja zreszt� te�. Wszyscy mieli�my du�o pieni�dzy i s�aw�. Nie mia�em tylko poj�cia, co zrobi� z t� ca�� fors�. Za to w ko�cu uzmys�owi�em sobie na co mam ochot�.
    - Essie, w�� sweter - poprosi�em. - P�jdziemy na spacer.
    Trzymaj�c si� za r�ce poszli�my na brzeg lodowatej wody.
    - Ach, pada �nieg - stwierdzi�a spogl�daj�c na kopu��, kt�rej pow�oka znajdowa�a si� jakie� siedemset metr�w nad naszymi g�owami. Przewa�nie nie wida� jej zbyt wyra�nie, ale dzisiaj, pod�wietlona przez grzejniki, kt�re chroni� j� przed �niegiem czy lodem, wygl�da�a jak mleczna pow�oka poprzecinana odblaskiem �wiate� z ziemi i rozci�gaj�ca si� na ca�ym horyzoncie.
    - Czy nie jest ci za zimno?
    - Mo�e tylko tutaj, blisko wody - przyzna�a. Wspi�li�my si� z powrotem po zboczu do male�kiego gaju palmowego przy fontannie i usiedli�my na �awce, �eby popatrze� na �wiat�a na Morzu. By�o ca�kiem przyjemnie. Pod kopu�� powietrze w�a�ciwie nigdy nie jest zbyt ch�odne, ale woda pochodzi z rzeki Hudson, kt�ra, zanim dotrze do Zapory Palisadowej, p�ynie na otwartej przestrzeni jakie� siedemset czy osiemset kilometr�w. W zimie od czasu do czasu kawa�ki kry kolebi�c si� przep�ywaj� pod barierami i docieraj� nawet do naszej przystani.
    - Essie, w�a�nie si� nad czym� zastanawia�em - odezwa�em si� po chwili.
    - Wiem, kochanie.
    - My�la�em sobie o Najstarszym, o tej maszynie.
    - Ach tak - podci�gn�a w g�r� stopy, �eby nie opiera� ich na trawie wilgotnej od rozpryskuj�cych si� w powietrzu kropel wody z fontanny. - Bardzo fajna maszyna - odpar�a. - Ca�kiem oswojona, bo ju� j� troch� utemperowa�e�. Zak�adaj�c, oczywi�cie, �e nie da si� jej zewn�trznych efektor�w i nie pozwoli porusza�, ani nie dopu�ci do jakichkolwiek obwod�w kontrolnych. Poza tym jest zupe�nie niegro�na.
    - Chodzi mi o to, czy mo�na by tak� zbudowa� dla ludzi?
    - Rozumiem, no c�, chyba tak. Potrzeba by na to oczywi�cie du�o czasu i pieni�dzy.
    - I mo�na by w niej zmagazynowa� ludzk� osobowo�� po �mierci cz�owieka, tak jak w Zmar�ych?
    - Chyba nawet z lepszym skutkiem. Cho� mog�yby pojawi� si� pewne k�opoty, problemy biochemiczne, a to ju� nie moja specjalno��. - Odchyli�a si� do ty�u spogl�daj�c w g�r� na opalizuj�c� nad naszymi g�owami kopu��. - Kiedy uk�adam program - powiedzia�a z namys�em - rozmawiam z komputerem w jakim� j�zyku. T�umacz� mu, jaki jest i jakie powinien spe�nia� zadania. Programowanie Heech�w jest inne. Opiera si� na bezpo�rednim chemicznym odczycie m�zgu. Pod wzgl�dem chemicznym m�zg Starc�w nie jest taki sam, jak tw�j czy m�j, dlatego zapisowi Zmar�ych daleko do doskona�o�ci. Starcy musz� znacznie r�ni� si� od Heech�w, dla kt�rych ten proces wymy�lono. Ale Heechom uda�o si� go zastosowa� w przypadku Starc�w bez wi�kszych trudno�ci, zatem co� takiego da si� zrobi�. Tak, kiedy umrzesz, drogi Robinie, b�dzie mo�na wpisa� tw�j m�zg w maszyn�, potem t� maszyn� wsadzi� do statku Heech�w i skierowa� go do czarnej dziury w konstelacji Strzelca YY, gdzie odnajdzie Gelle-Klar� Moynlin i wyja�ni jej, �e to wszystko sta�o si� nie z twojej winy. Masz na to moje s�owo, tylko �e nie mo�esz umrze� przed up�ywem powiedzmy pi�ciu do o�miu lat, �eby�my zd��yli przeprowadzi� odpowiednie badania. Obiecujesz?
    Czasem co� mnie tak zaskakuje, �e sam nie wiem, czy mam si� �mia�, czy p�aka�, czy mo�e si� rozz�o�ci�. W tym momencie szybko wsta�em i spojrza�em na moj� kochan� �on�. Dopiero wtedy powzi��em odpowiednie decyzje i roze�mia�em si�:
    - Czasami mnie zaskakujesz - zauwa�y�em.
    - Ale dlaczego, kochanie? Wyobra�my sobie sytuacj� odwrotn�. Za��my, �e to ja prze�y�am lata temu wielk� tragedi� osobist�. Tak� jak twoja. Sytuacj�, w kt�rej kto�, kogo kocha�am, dozna� wielkiej krzywdy i to w taki spos�b, �e nigdy ju� tej osoby nie mog�abym zobaczy�, �eby jej to wyja�ni�. Czy my�lisz, �e nie chcia�abym z ni� porozmawia�, �eby jej wszystko wyt�umaczy�?
    Ju� mia�em co� odpowiedzie�, ale wsta�a i po�o�y�a mi palec na ustach.
    - Robin, to by�o pytanie retoryczne. Obydwoje znamy na nie odpowied�. Je�li Klara nadal �yje, na pewno bardzo si� ucieszy, gdy dostanie od ciebie jak�� wiadomo��. Co do tego nie ma w�tpliwo�ci, wi�c plan jest nast�puj�cy. Umrzesz... mam nadziej�, �e nie za wcze�nie. Tw�j m�zg zostanie zapisany w maszynie. Mo�e zrobi� kopi� i dla siebie, je�li nie b�dziesz mia� nic przeciwko temu. Ale jeden egzemplarz poleci do czarnej dziury, odnajdzie Klar� i powie jej: „Kochana Klaro, nie mo�na by�o zapobiec temu, co si� sta�o, ale chcia�bym, �eby� wiedzia�a, �e odda�bym �ycie, by m�c ci� uratowa�". I wiesz, Robin, co Klara wtedy odpowie tej dziwnej maszynie, kt�ra zjawi si� nie wiadomo sk�d, w jej odczuciu mo�e dos�ownie w par� godzin po ca�ym wypadku?
    Nie mia�em poj�cia, w tym s�k. Ale nic nie odpowiedzia�em, bo Essie nie dopu�ci�a mnie do s�owa.
    - Klara powie wtedy. „No c�, kochany Robinie, wiem, �e jeste� na co� takiego got�w, poniewa� ze wszystkich m�czyzn na �wiecie w�a�nie ciebie najbardziej szanuj�, tobie ufam i ciebie najbardziej kocham". Na pewno by tak powiedzia�a, bo to by�aby prawda. Ja zreszt� tak samo uwa�am.



Strona g��wna     Indeks